Smok, który nie umiał zionąć
4–8 lat 3 min czytania na głos
Smok Bazyl ćwiczy i ćwiczy, a z jego paszczy wylatuje tylko ciepłe powietrze. Bajka o smoku dla dzieci, które uczą się czegoś trudnego.
Wszystkie smoki w klasie umiały już zionąć ogniem. Wszystkie oprócz Bazyla.
Bazyl próbował codziennie. Stawał na skale, nabierał powietrza, mrużył oczy i… fffff. Wylatywało tylko ciepłe powietrze, jak z suszarki do włosów.
— Może nie jesteś prawdziwym smokiem — powiedziała raz smoczyca Klara. Nie chciała być niemiła, ale zabolało.
Bazyl poszedł do babci Smoczycy, najstarszej w górach.
— Babciu, czemu ja nie umiem?
Babcia popatrzyła na niego spod ciężkich powiek. — Ja nauczyłam się zionąć, kiedy miałam sto dwanaście lat. Najpóźniej w całej rodzinie.
— Sto dwanaście? A teraz?
— A teraz mam najgorętszy ogień w górach. Każdy smok uczy się w swoim czasie. Ale ćwiczyć trzeba.
Bazyl ćwiczył dalej. Rano, w południe i wieczorem. Kiedy się złościł, robił przerwę i jadł jabłko. Kiedy znowu wylatywało tylko ciepłe powietrze, mówił sobie: jeszcze nie. Nie „nie umiem”, tylko „jeszcze nie”.
A ciepłe powietrze, jak się okazało, też się przydawało. Bazyl suszył nim pranie mamie. Ogrzewał zmarznięte ptaszki. Raz wysuszył mokre od deszczu skrzydła Klary, żeby mogła wrócić do domu.
Pewnego zimowego ranka, kiedy Bazyl dmuchał na zamarznięty strumyk, żeby napiła się z niego sarna, poczuł w brzuchu łaskotanie. Nabrał powietrza i… z jego paszczy wyleciał mały, pomarańczowy płomyczek. Malutki jak świeczka na torcie.
— Udało się! — krzyknął.
Płomyczek był mały, ale był. Na następny dzień był trochę większy. A Bazyl wiedział już, że babcia miała rację: każdy uczy się w swoim czasie.
Koniec

